Niedziela Przemyska 35 (283) 1999

Misjonarka z Afryki

S. Helena Kołcz - misjonarka z Afryki        13 czerwca br. w Warszawie Ojciec Święty wyniósł na ołtarze założyciela Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny, bł. Edmunda Bojanowskiego. Na tą uroczystość przybyło wiele sióstr służebniczek z całego świata, a wśród nich misjonarka z Afryki, s. Helena Kołcz. Korzystając z jej pobytu w rodzinnej parafii Gwizdów, poprosiłem ją - jako dawny jej katecheta i zarazem proboszcz - aby podzieliła się ze swoimi rodakami doświadczeniami z pracy na misjach. I tak powstało to opowiadanie o codziennym trudzie pracy siostry misjonarki.

KS. SZYMON NOSAL: - Czy mogłaby Siostra opowiedzieć coś o sobie?

S. HELENA KOŁCZ: - Jestem siostrą służebniczką Najświętszej Maryi Panny ze Starej Wsi, pierwszą z naszej nowo powstałej parafii gwizdowskiej. Można powiedzieć, że rozpoczęłam serię powołań kapłańskich i zakonnych tej młodej parafii. W Zgromadzeniu jestem już prawie 23 lata (wstąpiłam 8 września 1976 r.), a w Afryce 14 lat.

- Gdzie Siostra pracuje?
- Obecnie pracuję w Matatiele, miejscowości położonej u podnóża gór Republiki Południowej Afryki, blisko granicy państwa Lesotho. Jest to teren górzysty, a mimo to lata są bardzo upalne. W kotlinach temperatura dochodzi w słońcu do 65O C. Obecnie, gdy u nas jest lato, tam jest zima, ale nie taka jak w Polsce. Temperatura w dzień dochodzi do 25O C, a w nocy spada czasami do 0O C. Słońce nam nieustannie towarzyszy w lecie i w zimie. Tam nie ma dni pochmurnych. Albo jest deszcz, albo niebo jest błękitne, zupełnie bez chmur. Po długotrwałej suszy, nawiedzają nas niekiedy tajfuny, przybierające kształt potężnej trąby powietrznej niszczącej wszystko po drodze: drzewa, domy i ludzi, jak to miało miejsce kilka miesięcy temu. Często też przechodzą gwałtowne burze z piorunami powodujące wielkie zniszczenia.

- A jacy tam są ludzie?
- Ludzie tych terenów, gdzie pracuję, są przeważnie czarni. Należą do różnych wyznań chrześcijańskich, ale wielu jest jeszcze nie ochrzczonych. Żyją w ubogich warunkach, przeważnie nie mają jeszcze elektryczności i wodociągów. Rodziny najczęściej są wielodzietne, w których dzieci często są wychowywane przez babcie lub kogoś z rodziny, bo rodzice wędrują do miast w poszukiwaniu pracy. Dużo ludzi starszych i dzieci choruje na gruźlicę.
        Mieszkańcy tamtych terenów głównie trudnią się pasterstwem i uprawą roli. Wypasają owce, kozy, oraz uprawiają trzcinę cukrową i kukurydzę. Podstawowym ich pożywieniem jest mili-mili, czyli mąka kukurydziana, a jedzą ją przeważnie raz na dzień.

- Na czym polega praca misyjna Siostry?
- Nasza praca przede wszystkim ma charakter pastoralny. Polega na organizowaniu małych wspólnot chrześcijańskich, by w ten sposób przybliżyć ludziom Ewangelię i wartości życia chrześcijańskiego. Ponieważ ludzie w poszczególnych wioskach mają Mszę św. tylko raz w miesiącu, to my, siostry, staramy się jeden dzień w tygodniu poświęcić każdej misji - wiosce. Dojeżdżamy na cały dzień do takiej wioski, by wspólnie z mieszkańcami modlić się w jednym z domów, za każdym razem w innym. Jeśli takie spotkanie ma być w kościele, to gdy tylko zbliżamy się do wioski, ludzie uderzają w dzwon i tak zwołują się na spotkanie z nami. Zanim zdążymy przyjść do kościoła, to już gromada starszych, młodzieży i dzieci wita nas śpiewem i uściskiem dłoni. Tak samo nas żegnają, gdy odjeżdżamy.
        Piątek, sobotę i niedzielę poświęcamy na katechizację dzieci i dorosłych, przygotowujemy ich do sakramentów świętych. Najczęściej uczymy na polu pod drzewami. Jeśli jest zimno lub pada deszcz, to wtedy mało ludzi przychodzi do kościoła, nie mówiąc już o dzieciach, których wcale nie ma. Dlatego w czasie deszczu nie jedziemy do wiosek, bo gliniaste drogi są nieprzejezdne, a także dlatego, że ludzie w deszcz nie przyjdą na takie spotkanie.
        Raz w tygodniu idę do szpitala, gdzie znajdują się chorzy na gruźlicę i tam, niezależnie od tego czy są to katolicy, czy innych wyznań, wspólnie się modlimy, odmawiamy Różaniec, śpiewamy pieśni religijne.
        W kościele organizuję z dziećmi różne okolicznościowe występy jak: jasełka, Dzień Matki, Dzień Ojca, rekolekcje dla dzieci i inne spotkania w dwóch językach - angielskim i xhosa. W październiku odmawiam z rodzinami Różaniec, wszystkie trzy części w jednym dniu, ale każdą w innym domu. Wtedy dzieci niosą figurkę Matki Bożej z domu do domu i tam wspólnie z rodziną się modlimy. Taka modlitwa daje siłę i moc do wzajemnego przebaczania sobie nieraz wielkich krzywd i pomaga ludziom do dobrego, chrześcijańskiego życia.
        Katolicy w Południowej Afryce stanowią mały procent ludności. Dużo jest innych wyznań chrześcijańskich i ludzi nie ochrzczonych. Ostatnio przygotowani do chrztu katechumeni byli w wieku od 11 do 90 lat. Dlatego też nie brakuje nam pracy w niesieniu Słowa Bożego do tych najbardziej potrzebujących. Kościoły na wioskach są małe, budowane skromnie, w sposób bardzo prosty. Nasz kościół w Matatiele wymaga gruntownego remontu. Dach mocno przecieka i po każdym deszczu musimy wynosić wodę, wycierać podłogę i wszystkie sprzęty kościelne.

- Czy szanują Was tamtejsi ludzie?
- Kiedy razem z moją współsiostrą miałam wyjeżdżać- do Polski, prosili nas: "Powiedzcie Waszym Rodakom, że my Was kochamy i cieszymy się Wami. Będziemy się za Was modlić i z niecierpliwością oczekiwać na powrót do nas". Takie słowa cieszą, bo są dowodem ich akceptacji i przywiązania do nas, oraz szacunku.

- Dziękuję Siostrze za rozmowę.
- I ja dziękuję Księdzu Proboszczowi i wszystkim parafianom za dotychczasowe modlitwy i proszę o dalsze, abym mogła jak najlepiej służyć tamtym ludziom i jak Chrystus nieść im modlitwę i pokój.

Z s. Heleną Kołcz
rozmawiał ks. Szymon Nosal

Powrót